Udałam się do kuchni, by zjeść jakieś śniadanie przed wyjściem. Mimo że pracowałam w kawiarni, nigdy nie miałam czasu na skonsumowanie jakiegoś ciastka, czy wypicie gorącej czekolady. Moja uwaga zawsze najbardziej skupiała się na kotach i klientach. Starałam się obsługiwać ich jak najlepiej, bo wiedziałam, że wtedy będą pojawiać się częściej, a to oznaczało większą szansę na nowe domy dla tych biednych kociaków.
Po zjedzeniu śniadania, którym, prawdę mówiąc, było jedno jabłko, poszłam do łazienki. Zostało mi niewiele czasu, więc tylko rozczesałam włosy, na których zawsze pojawiało się pełno kołtunów, umyłam zęby oraz twarz, a na koniec delikatnie przejechałam tuszem po rzęsach.
Wsunęłam na siebie ubranie robocze, którym była urocza różowa sukienka, sięgająca do kolan i biały fartuszek w czarne kocie łapki.
Szybko pognałam w stronę kawiarni. Na szczęście o tak wczesnej porze na chodnikach nie spotyka się zbyt wielu osób. Mimowolnie uśmiechałam się pod nosem, gdy zmierzałam do pracy. Naprawdę bardzo ją lubiłam. Mogłam pomagać kotom, ale także ludziom, bo stali klienci często przychodzili do mnie, by móc trochę ponarzekać na świat, na innych, a także na swoje życie.
Stanęłam przed budynkiem, na którym wisiał wielki szyld z napisem "Cat Town Cafe". Wsunęłam dłoń do kieszeni fartuszka, gdzie zawsze trzymałam klucz. Już po chwili otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przywitało mnie wesołe miauczenie, a koło moich nóg od razu pojawił się czarny kocurek o imieniu Nightmare. Nie mam pojęcia, kto go tak nazwał, ale to imię absolutnie do niego nie pasowało. Kucnęłam i zmierzwiłam miękką sierść na jego główce.
-Zaraz was nakarmię-mruknęłam pod nosem, gładząc grzbiet kota. Zwierzę cicho zamruczało i przymknęło oczy. Wstałam i powoli zaczęłam kierować się w stronę kuchni. Nie było tam nikogo, więc kucharki nie zdążyły jeszcze przyjść. Westchnęłam cicho pod nosem, myśląc o tym, że sama będę musiała targać dwudziesto kilogramowy worek pełen kociej karmy.
"Robisz to dla kotów, Violet, wszystko dla kotów".
**
Po godzinie otwarliśmy. W kuchni już dwie starsze panie, które założyły tę kawiarnię, robiły najróżniejsze ciasta i desery, a Rose, czyli dziewczyna pracująca, tak samo jak ja, jako kelnerka, parzyła świeżą kawę. Nie miałam zbytnio co robić, więc poszłam do kotów, które bawiły się w rogu pomieszczenia.
Po pewnym czasie usłyszałam dźwięk zawieszonego nad drzwiami wejściowymi dzwonka. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. W progu stanął wysoki mężczyzna. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach, po czym zmierzył całą kawiarnię wzrokiem. Natychmiast wstałam i z przyzwyczajenia wygładziłam fartuszek.
-Mogę w czymś pomóc?-zapytałam, posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech.
Rickon?
Sorka, że takie słabe, ale nie lubię zaczynać, ech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz