Po południu postanowiłam wybrać się do San Francisco, w celu spotkania z
przyjaciółką. Przed wyjściem w mojej głowie zrodził się pewien pomysł.
Złapałam moją zieloną torbę, którą wrzuciłam do bagażnika samochodu,
zabrałam psy i w ciągu nie całej półgodziny byłam na miejscu. Ruszyła na
umówione miejsce, gdzie po paru minutach zjawiła się Ann. Uśmiechnęłam
się do niej szeroko i przygarnęła ją do siebie. Nie widziałyśmy się od
pół roku. Włóczyłyśmy się po mieście, gadając o tym co nas spotkało. Ona
opowiadała o swojej pracy i chłopaku, a ja o moich podróżach.
- A teraz? Skąd wróciłaś?-zapytała gdy odprowadzałam ją do domu.
- Weekend w Brazylii. Powiem ci, że niesamowite miejsce, a ludzie...
Niemożliwi. Trzeba to wszystko samemu zobaczyć. I wiesz naszła mnie
genialna myśl, kiedy wracałam...
- Ja już znam te twoje genialne pomysły. Ostatnim razem skończyłyśmy na ostrym dyżurze...
- Ja miałam pierwszeństwo. Nie miał prawa, z resztą nie ważne. Powiem ci
o moim olśnieniu. Zwiedzę Stany Zjednoczone Ameryki Północnej... na
rowerze - powiedziałam zachwycona własnym pomysłem.
- Jesteś stuknięta.
- Też cię kocham, ale mówię poważnie. W przyszłym roku objadę najważniejsze miasta Stanów Zjednoczonych.
Pożegnałam się z przyjaciółką, a moje spojrzenie padło na pobliski park.
Rozejrzałam się dokoła i otworzyłam moją zieloną torbę, z której
wyciągnęłam rolki. Założyłam je, a Daisy i Sisi ciągnęły mnie po parku.
Było ciemno i mało co widziałam, jednak kochałam robić irracjonalne
rzeczy. W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Wystawiłam twarz do
chłodnych kropli, nie potrzebowałam parasolki schowanej w torbie, którą
miałam przerzuconą przez ramię. Nagle psy pociągnęły mnie, a ja pisnęłam
zaskoczona. Leciały na oślep przed siebie, a gdy się zatrzymały i byłam
zadowolona z nie przywitania się z chodnikiem, ktoś na mnie wpadł,
przez co wylądowałam na tyłku w kałuży.
- Nic ci nie jest? -zapytał chłopak.
Spojrzałam na niego, potem na swój przemoczony sweter i zaczęłam się śmiać.
- Poza jeszcze bardziej mokrym zadkiem, to nic.
Chłopak pomógł mi się podnieść. Przez deszcz, ogólną ciemność i brak
soczewek nie widziałam go za dobrze. Sisi podbiegła do niego i zaczęła
skakać machając radośnie ogonem, budząc mu spodnie.
- Sisi, nie wolno! Bardzo cię przepraszam za nią - powiedziałam
odciągając ją za obrożę.- Jest stuknięta jak właścicielka. Jestem Amy -
powiedziałam wyciągając do niego rękę.
Chłopaku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz