Spojrzałem na uśmiechniętą dziewczynę zmierzającą w moją stronę.
- Cześć - zawołała, abym ją słyszał.
- Hej, ładnie wyglądasz - oznajmiłem również się uśmiechając.
- Dziękuję, chodź poznasz moich znajomych - zachichotała i pociągnęła mnie do stolika, przy którym siedziała grupka ludzi.
Wszyscy coś pili, na kanapach było jeszcze trochę wolnego miejsca, gdy Amy usiadła zająłem miejsce obok niej. Domówiłem sobie drinka, który już po chwili został mi dostarczony. Dziewczyna przedstawiła mnie swoim znajomym.
- To jest Jack, to David, to Fiona, Peter, Anna, Stan, Susan - oznajmiła wskazując kolejno na osoby zajmujące miejsce przy niedużym stoliku. - A to jest Matt. - wskazała na mnie.
- Miło poznać - uśmiechnąłem się w ich stronę.
Każdy wydawał się sympatyczny. Czas leciał szybko, nim się obejrzałem była już pierwsza. Muzyka grała tak głośno, że ledwo słyszałem co mówię. Po kilku godzinach imprezowania usiadłem na kanapie obok Amy. Byłem już trochę wstawiony, podobnie jak ona. Objąłem ją ramieniem i sięgnąłem po szklankę z alkoholem stojącą naprzeciwko mnie. Nie umknęło mi, że od jakiegoś czasu nie ruszała się z pozycji siedzącej.
- Stało się coś? - spytałem biorąc łyka napoju.
Amy?
wtorek, 29 listopada 2016
poniedziałek, 28 listopada 2016
Od Amy cd Matt'a
- Pa - odpowiedziałam i otworzyłam drzwi od domu.
Ruszyłam przez dom prosto do kuchni, gdzie zastałam brata czytającego mój ostatni artykuł.
- Co na kolację?-zapytał nie podnosząc nawet wzroku, a ja postawiłam przed nim worek karmy.
- Kolację podano, smacznego- powiedziałam i zabrałam się za rozpakowanie torby z zakupami.
- Śmieszne -mruknął pod nosem.
- A kto był trzy dni na gastro? To ty mi powinieneś gotować, za to że cię tu trzymam. Wszyscy w okolicy trzydziestu kilometrów gadają, że ja tu mam dom rozpusty.
- Bo uwierzę, że się tym przejmujesz.
*** *** ***
Następnego dnia z rana zabrałam psy i poszłam pobiegać. Mijałam "osiedlowe monitoringi" uśmiechając się tylko, gdy przebiegałam obok. Po powrocie do domu zabrałam laptopa do salonu i zabrałam się za artykuł z mojej wycieczki do Brazylii. Reszta dnia upłynęła mi na wybieraniu zdjęć i opisywaniu mojej przygody. Nim się obejrzałam musiała się zbierać na imprezę. Wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy i ubrałam się w czarny top wcinany w kokardkę, a do tego wysoką rozkloszowaną łososiową spódnicę do kolan (zdjęcie) oraz czarne szpilki. Na karmiłam psy i pojechałam z bratem do klubu. Spotkaliśmy tam już naszych dwóch kumpli Davida i Jacka wraz z jego dziewczyną Fioną. Usiedliśmy na kanapach w naszym ulubionym miejscu i zamówiliśmy drinki czekając na resztę. Po pewnym czasie zjawili się jeszcze Peter, Anna, Stan i Susan. W pewnym momencie zauważyła Matta i ruszyłam do niego z uśmiechem.
Matt?
Ruszyłam przez dom prosto do kuchni, gdzie zastałam brata czytającego mój ostatni artykuł.
- Co na kolację?-zapytał nie podnosząc nawet wzroku, a ja postawiłam przed nim worek karmy.
- Kolację podano, smacznego- powiedziałam i zabrałam się za rozpakowanie torby z zakupami.
- Śmieszne -mruknął pod nosem.
- A kto był trzy dni na gastro? To ty mi powinieneś gotować, za to że cię tu trzymam. Wszyscy w okolicy trzydziestu kilometrów gadają, że ja tu mam dom rozpusty.
- Bo uwierzę, że się tym przejmujesz.
*** *** ***
Następnego dnia z rana zabrałam psy i poszłam pobiegać. Mijałam "osiedlowe monitoringi" uśmiechając się tylko, gdy przebiegałam obok. Po powrocie do domu zabrałam laptopa do salonu i zabrałam się za artykuł z mojej wycieczki do Brazylii. Reszta dnia upłynęła mi na wybieraniu zdjęć i opisywaniu mojej przygody. Nim się obejrzałam musiała się zbierać na imprezę. Wzięłam szybki prysznic, wysuszyłam włosy i ubrałam się w czarny top wcinany w kokardkę, a do tego wysoką rozkloszowaną łososiową spódnicę do kolan (zdjęcie) oraz czarne szpilki. Na karmiłam psy i pojechałam z bratem do klubu. Spotkaliśmy tam już naszych dwóch kumpli Davida i Jacka wraz z jego dziewczyną Fioną. Usiedliśmy na kanapach w naszym ulubionym miejscu i zamówiliśmy drinki czekając na resztę. Po pewnym czasie zjawili się jeszcze Peter, Anna, Stan i Susan. W pewnym momencie zauważyła Matta i ruszyłam do niego z uśmiechem.
Matt?
środa, 23 listopada 2016
Od Kaydena
Po rozmowie z Vanessą, wróciłem do prokuratury i uporządkowałem papiery z
wielu prowadzonych przeze mnie spraw, segregując te zakończone i
odkładając je na bok.
- Skończyłeś? - zapytał Luke, mój przyjaciel, który tak jak i ja pracował w prokuraturze. - Może skoczylibyśmy na piwo? - zagadnął.
Spojrzałem na niego rozbawiony.
- Nie spieszy ci się do domu, co? - zakpiłem.
Pokręcił głową.
- Przyjechała siostra żony. Nienawidzimy się - przyznał szczerze, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej.
Odłożyłem teczki i segregatory na półkę i zacząłem zbierać z biurka kluczyki, telefon i dokumenty, które miałem wziąć ze sobą.
- Chyba, że się spieszysz.. - zaczął Luke, ale ja pokręciłem głową.
- I tak nie mam nic do roboty - zapewniłem. - Caleb jest u rodziców Vanessy, nie mam planów...
Przyjaciel pokiwał głową i wyszliśmy z gmachu budynku. Jako że Luke miał popsute auto, wsiadł do mojego i pojechaliśmy najpierw do mnie, podrzucić dokumenty i zostawić samochód, po czym wzięliśmy taksówkę do centrum, gdzie obaj znaliśmy jeszcze z czasów, gdy byliśmy nastolatkami, najlepsze bary.
Usiedliśmy przy barze, rozmawiając przy piwie i tracąc poczucie czasu, dopóki nie zadzwoniła żona Luke'a, opieprzając go za o, że nie ma go jeszcze w domu, a obiecał coś naprawić.
Ja miałem to szczęście, że nawet gdy byliśmy z Nessą małżeństwem, nie męczyła mnie o takie błahostki jak naprawy, ja za to nie wypominałem nieraz pojawiającego się bałaganu lub braku obiadu Nie żyliśmy stereotypami o mężczyźnie, który musiał być złotą rączką i kobiecie-gosposi-sprzątaczce. Raczej oboje pochłonięci pracą rozumieliśmy wszystko i nie robiliśmy sobie wyrzutów.
Ale wszystko co dobre, zawsze musi się spieprzyć, więc oczywiście musieliśmy zacząć oddalać się od siebie, kłócić... Aż w końcu znalazłem sobie kobietę, z którą było łatwiej. I to przesądziło o końcu mojego i Vanessy małżeństwa. Nie byłem z tego dumny, ale też nie rozpamiętywałem przeszłości.
Poklepałem Luke'a po plecach, kiedy żaląc się, dopijał piwo i wyszedł, łapiąc jakąś taksówkę. Rozbawiony zakręciłem do połowy opróżnionym kuflem i wypiłem jego zawartość na raz, zamawiając kolejne piwo.
Po chwili usłyszałem, jak krzesło obok mnie się odsuwa...
(Ktoś?)
- Skończyłeś? - zapytał Luke, mój przyjaciel, który tak jak i ja pracował w prokuraturze. - Może skoczylibyśmy na piwo? - zagadnął.
Spojrzałem na niego rozbawiony.
- Nie spieszy ci się do domu, co? - zakpiłem.
Pokręcił głową.
- Przyjechała siostra żony. Nienawidzimy się - przyznał szczerze, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej.
Odłożyłem teczki i segregatory na półkę i zacząłem zbierać z biurka kluczyki, telefon i dokumenty, które miałem wziąć ze sobą.
- Chyba, że się spieszysz.. - zaczął Luke, ale ja pokręciłem głową.
- I tak nie mam nic do roboty - zapewniłem. - Caleb jest u rodziców Vanessy, nie mam planów...
Przyjaciel pokiwał głową i wyszliśmy z gmachu budynku. Jako że Luke miał popsute auto, wsiadł do mojego i pojechaliśmy najpierw do mnie, podrzucić dokumenty i zostawić samochód, po czym wzięliśmy taksówkę do centrum, gdzie obaj znaliśmy jeszcze z czasów, gdy byliśmy nastolatkami, najlepsze bary.
Usiedliśmy przy barze, rozmawiając przy piwie i tracąc poczucie czasu, dopóki nie zadzwoniła żona Luke'a, opieprzając go za o, że nie ma go jeszcze w domu, a obiecał coś naprawić.
Ja miałem to szczęście, że nawet gdy byliśmy z Nessą małżeństwem, nie męczyła mnie o takie błahostki jak naprawy, ja za to nie wypominałem nieraz pojawiającego się bałaganu lub braku obiadu Nie żyliśmy stereotypami o mężczyźnie, który musiał być złotą rączką i kobiecie-gosposi-sprzątaczce. Raczej oboje pochłonięci pracą rozumieliśmy wszystko i nie robiliśmy sobie wyrzutów.
Ale wszystko co dobre, zawsze musi się spieprzyć, więc oczywiście musieliśmy zacząć oddalać się od siebie, kłócić... Aż w końcu znalazłem sobie kobietę, z którą było łatwiej. I to przesądziło o końcu mojego i Vanessy małżeństwa. Nie byłem z tego dumny, ale też nie rozpamiętywałem przeszłości.
Poklepałem Luke'a po plecach, kiedy żaląc się, dopijał piwo i wyszedł, łapiąc jakąś taksówkę. Rozbawiony zakręciłem do połowy opróżnionym kuflem i wypiłem jego zawartość na raz, zamawiając kolejne piwo.
Po chwili usłyszałem, jak krzesło obok mnie się odsuwa...
(Ktoś?)
wtorek, 22 listopada 2016
Od Vanessy
Kiedy tylko moja zmiana dobiegła końca, pożegnałam się z partnerem i
chwyciłam w dłoń swoją skórzaną kurtkę i kluczyki od auta, wychodząc ze
swojego gabinetu i wpadając prosto na swojego byłego męża, któremu omal
nie wylałam kawy.
- A ty ciągle na mnie lecisz - zakpił Kayden.
Zostawiłam sarkastyczny komentarz da siebie i spojrzałam tylko na blondyna, który uśmiechał się promiennie.
- Co tu robisz? - zapytałam, splatając ręce na piersi.
- Jaka bojowo nastawiona - zaśmiał się. - Spokojnie, nie przyszedłem przeszkadzać, a pomóc. Ty prowadzisz śledztwo w sprawie przemytu broni i narkotyków?
- Tylko mi nie mów, że prokuratura znów ma zamiar zawracać nam dupę i przysłali ciebie? - warknęłam. - To moja sprawa i masz mi się nie mieszać.
- Mam się czuć urażony aluzją, że zawracam du.pę, czy że jestem chłopcem na posyłki prokuratury? - zapytał, udając urażonego.
- Nieważne - mruknęłam. - To moja sprawa i po prostu nie wchodź mi w drogę - ostrzegłam.
- Nie zamierzam. Pomyślałem sobie tylko, że może warto byłoby współpracować i przekazywać sobie postępy w śledztwie - zaczął. - Ułatwi to sprawę i mi, i tobie. A koniec końców i tak dowiedziałbym się wszystkiego od ciebie. W końcu to ja idę z zarzutami do sądu i to ja się muszę z nimi 'bić' - wytknął.
Westchnęłam ciężko, wiedząc, że ma rację, ale nie zamierzałam dać się z tego śledztwa wypchnąć. To raczej Kayden miał tu grać drugie skrzypce, nie wchodząc mi w drogę i tylko pomagając i sprawdzając moje tropy.
- Jeśli nie wierzysz w mój dobre intencje, to proszę - powiedział, podając mi teczkę, gdy wsiedliśmy do windy. - Wszystkie dane, jakie na razie mam.
Skinęłam mu głową, biorąc od niego teczkę z papierami. Nie dało się nie zauważyć, że się starał, a to już doceniałam. - Rozmawiałaś dziś z Calebem? - zagadnął.
- Rano z ojcem - powiedziałam krótko, wysiadając z windy, gdy ta się zatrzymała i wyszłam razem z Kaydenem z budynku komendy, kierując się do auta.
- I co u nich?
Wrzuciłam teczkę na tylne siedzenie samochodu, a Kade oparł się mój wóz, odpalając papierosa.
- Powinieneś rzucić - mruknęłam tylko, na co ten dmuchnął mi dymem prosto w twarz. Pokręciłam tylko zrezygnowana głowa.
- Mówi to palacz - zakpił.
- Palę tylko okazjonalnie - stwierdziłam, wiedząc, że przy tych wszystkich gliniarzach, którzy palą bez przerwy, nie uda się mi rzucić całkowicie. - Tata mówił, że Caleb jest zachwycony Orleanem. Dawno tam nie był. No i nie przylecą jutro, a dopiero za trzy dni. W Nowym Orleanie ma być podobno juro jakiś Festiwal Jazzu, a mały za nic nie chce tego przepuścić.
W moim rodzinnym mieście takich imprez było dużo i odbywały się co chwilę, ale chyba wszyscy je kochali. Nie dziwiłam się synkowi, a wiedziałam, że i rodzice chcą się nacieszyć wnukiem. Byłam jednak spokojna, bo tata miał przylecieć razem z Calebem.
- Od małego ma dobry gust - zaśmiał się Kayden. - W takim razie do zobaczenia jutro w pracy - mrugnął do mnie, odchodząc.
- Kade! - krzyknęłam za nim, a mężczyzna odwrócił się. - Przyniosę ci informacje o sprawie na jutro.
Kayden uśmiechnął się i zasalutował mi tylko, a ja wsiadłam do auta, kierując się od razu do domu.
Wiedząc, że i tak nie mam nic ciekawego do roboty w domu, zrezygnowałam ze żmudnych obowiązków, jak sprzątanie i tylko przebrałam się w spodnie dresowe i podkoszulek, wzięłam telefon, słuchawki i smycz i wyszłam przed dom. Przywołałam do siebie owczarka, zapinając go i postanowiłam pobiegać, kierując się w stronę parku. Kiedy wybiegłam na mniej uczęszczane dróżki, spuściłam Karę ze smyczy...
(Ktoś zechce dokończyć?)
- A ty ciągle na mnie lecisz - zakpił Kayden.
Zostawiłam sarkastyczny komentarz da siebie i spojrzałam tylko na blondyna, który uśmiechał się promiennie.
- Co tu robisz? - zapytałam, splatając ręce na piersi.
- Jaka bojowo nastawiona - zaśmiał się. - Spokojnie, nie przyszedłem przeszkadzać, a pomóc. Ty prowadzisz śledztwo w sprawie przemytu broni i narkotyków?
- Tylko mi nie mów, że prokuratura znów ma zamiar zawracać nam dupę i przysłali ciebie? - warknęłam. - To moja sprawa i masz mi się nie mieszać.
- Mam się czuć urażony aluzją, że zawracam du.pę, czy że jestem chłopcem na posyłki prokuratury? - zapytał, udając urażonego.
- Nieważne - mruknęłam. - To moja sprawa i po prostu nie wchodź mi w drogę - ostrzegłam.
- Nie zamierzam. Pomyślałem sobie tylko, że może warto byłoby współpracować i przekazywać sobie postępy w śledztwie - zaczął. - Ułatwi to sprawę i mi, i tobie. A koniec końców i tak dowiedziałbym się wszystkiego od ciebie. W końcu to ja idę z zarzutami do sądu i to ja się muszę z nimi 'bić' - wytknął.
Westchnęłam ciężko, wiedząc, że ma rację, ale nie zamierzałam dać się z tego śledztwa wypchnąć. To raczej Kayden miał tu grać drugie skrzypce, nie wchodząc mi w drogę i tylko pomagając i sprawdzając moje tropy.
- Jeśli nie wierzysz w mój dobre intencje, to proszę - powiedział, podając mi teczkę, gdy wsiedliśmy do windy. - Wszystkie dane, jakie na razie mam.
Skinęłam mu głową, biorąc od niego teczkę z papierami. Nie dało się nie zauważyć, że się starał, a to już doceniałam. - Rozmawiałaś dziś z Calebem? - zagadnął.
- Rano z ojcem - powiedziałam krótko, wysiadając z windy, gdy ta się zatrzymała i wyszłam razem z Kaydenem z budynku komendy, kierując się do auta.
- I co u nich?
Wrzuciłam teczkę na tylne siedzenie samochodu, a Kade oparł się mój wóz, odpalając papierosa.
- Powinieneś rzucić - mruknęłam tylko, na co ten dmuchnął mi dymem prosto w twarz. Pokręciłam tylko zrezygnowana głowa.
- Mówi to palacz - zakpił.
- Palę tylko okazjonalnie - stwierdziłam, wiedząc, że przy tych wszystkich gliniarzach, którzy palą bez przerwy, nie uda się mi rzucić całkowicie. - Tata mówił, że Caleb jest zachwycony Orleanem. Dawno tam nie był. No i nie przylecą jutro, a dopiero za trzy dni. W Nowym Orleanie ma być podobno juro jakiś Festiwal Jazzu, a mały za nic nie chce tego przepuścić.
W moim rodzinnym mieście takich imprez było dużo i odbywały się co chwilę, ale chyba wszyscy je kochali. Nie dziwiłam się synkowi, a wiedziałam, że i rodzice chcą się nacieszyć wnukiem. Byłam jednak spokojna, bo tata miał przylecieć razem z Calebem.
- Od małego ma dobry gust - zaśmiał się Kayden. - W takim razie do zobaczenia jutro w pracy - mrugnął do mnie, odchodząc.
- Kade! - krzyknęłam za nim, a mężczyzna odwrócił się. - Przyniosę ci informacje o sprawie na jutro.
Kayden uśmiechnął się i zasalutował mi tylko, a ja wsiadłam do auta, kierując się od razu do domu.
Wiedząc, że i tak nie mam nic ciekawego do roboty w domu, zrezygnowałam ze żmudnych obowiązków, jak sprzątanie i tylko przebrałam się w spodnie dresowe i podkoszulek, wzięłam telefon, słuchawki i smycz i wyszłam przed dom. Przywołałam do siebie owczarka, zapinając go i postanowiłam pobiegać, kierując się w stronę parku. Kiedy wybiegłam na mniej uczęszczane dróżki, spuściłam Karę ze smyczy...
(Ktoś zechce dokończyć?)
Od Matt'a cd Amy
Spojrzałem na dziewczynę.
- Kiedy? - uniosłem brew.
- Jutro wieczorem - oznajmiła.
- Okej, w czwartek mam wolne, także na luzie - uśmiechnąłem się.
- To super, jesteśmy umówieni - zawołała radośnie.
Szliśmy dalej, do domu miałem jeszcze kilka ulic. W pewnym momencie worek z karmą upadł prosto na chodnik.
- Może ci pomogę? - spytałem wskazując na worek, który leżał na ziemi, a dziewczyna próbowała go podnieść.
- Nie trzeba... - odparła siłując się z jedzeniem dla zwierząt.
- Widać, że potrzebujesz mojej pomocy - zaśmiałem się i podniosłem worek.
- Serio nie musisz tego robić - powiedziała drapiąc się po głowie.
- A mam patrzeć jak cały czas się zatrzymujesz, bo ci to upada? - uniosłem brew.
- Uparty jesteś... - jęknęła.
Odprowadziłem Amy do do domu, bo jak się okazało miałem po drodze.
- Serio dziękuję za pomoc z tą karmą - uśmiechnęła się.
- Nie ma problemu - oznajmiłem uśmiechając się ciepło.- Do zobaczenia! - zawołałem odchodząc i idąc w swoją stronę.
Amy?
- Kiedy? - uniosłem brew.
- Jutro wieczorem - oznajmiła.
- Okej, w czwartek mam wolne, także na luzie - uśmiechnąłem się.
- To super, jesteśmy umówieni - zawołała radośnie.
Szliśmy dalej, do domu miałem jeszcze kilka ulic. W pewnym momencie worek z karmą upadł prosto na chodnik.
- Może ci pomogę? - spytałem wskazując na worek, który leżał na ziemi, a dziewczyna próbowała go podnieść.
- Nie trzeba... - odparła siłując się z jedzeniem dla zwierząt.
- Widać, że potrzebujesz mojej pomocy - zaśmiałem się i podniosłem worek.
- Serio nie musisz tego robić - powiedziała drapiąc się po głowie.
- A mam patrzeć jak cały czas się zatrzymujesz, bo ci to upada? - uniosłem brew.
- Uparty jesteś... - jęknęła.
Odprowadziłem Amy do do domu, bo jak się okazało miałem po drodze.
- Serio dziękuję za pomoc z tą karmą - uśmiechnęła się.
- Nie ma problemu - oznajmiłem uśmiechając się ciepło.- Do zobaczenia! - zawołałem odchodząc i idąc w swoją stronę.
Amy?
poniedziałek, 21 listopada 2016
Od Amy cd Matt'a
- A to ty tu mieszkasz? - zapytałam ze zdziwieniem.
- Nie, tylko rodzice- odpowiedział z uśmiechem.
- Aha, a co do mleka, to polecam to -powiedziałam sama biorąc butelkę. - Zabrzmiałam jak w reklamie -powiedziałam, drapiąc się po głowie.
- Tak trochę- zaśmiał się.
- Czas zmienić branżę- powiedziałam wyszczerzając się. - Rzucam gazetę i będę sprzedawać mleko w butelkach.
Ruszyliśmy dalej przez sklep. Po drodze zgarnęłam jeszcze worek karmy dla psów.
- Moje "maleństwa" pochłaniają tego coraz więcej... A efekty sam widziałeś, Sisi ma aż za dużo energii.
- Jak to szczeniak -zaśmiał się.
- Albo moi bracia czegoś jej dosypują -zażartowałam.
Poszliśmy do kasy i zapłaciliśmy za zakupy. Wzięłam worek karmy pod jedno ramię, a pod drugie torbę z zakupami. Gdy wychodziliśmy ze sklepu minęłam, moje "ulubione" sąsiadki, służące za najlepszy monitoring. W ciągu sekundy potrafiły rozpuścić swoje plotki po mojej ulicy. Od kilku tygodni krążyły plotki, że mój dom, to dom rozpusty, a to tylko i wyłącznie przez nocne odwiedziny mojego brata Alexy'ego.
- Moherowe berety -mruknęłam pod nosem.
- Co? - zapytał, nie rozumiejąc mnie Matt.
- Te dwie, jakże urocze "damy" rozsiewają plotki na mój temat na jakieś dziesięć kilometrów stąd. Od znajomego dowiedziałam się, że trzymam w domu żądne krwi bestie. Prędzej uwierzyła bym w nawiedzony dom. Nie ważne, mam propozycję dla ciebie.
- Jaką?
- Wybieram się ze znajomymi do klubu w San Francisco. Może chcesz jechać z nami? -zapytałam, poprawiając worek z karmą,
Matt?
- Nie, tylko rodzice- odpowiedział z uśmiechem.
- Aha, a co do mleka, to polecam to -powiedziałam sama biorąc butelkę. - Zabrzmiałam jak w reklamie -powiedziałam, drapiąc się po głowie.
- Tak trochę- zaśmiał się.
- Czas zmienić branżę- powiedziałam wyszczerzając się. - Rzucam gazetę i będę sprzedawać mleko w butelkach.
Ruszyliśmy dalej przez sklep. Po drodze zgarnęłam jeszcze worek karmy dla psów.
- Moje "maleństwa" pochłaniają tego coraz więcej... A efekty sam widziałeś, Sisi ma aż za dużo energii.
- Jak to szczeniak -zaśmiał się.
- Albo moi bracia czegoś jej dosypują -zażartowałam.
Poszliśmy do kasy i zapłaciliśmy za zakupy. Wzięłam worek karmy pod jedno ramię, a pod drugie torbę z zakupami. Gdy wychodziliśmy ze sklepu minęłam, moje "ulubione" sąsiadki, służące za najlepszy monitoring. W ciągu sekundy potrafiły rozpuścić swoje plotki po mojej ulicy. Od kilku tygodni krążyły plotki, że mój dom, to dom rozpusty, a to tylko i wyłącznie przez nocne odwiedziny mojego brata Alexy'ego.
- Moherowe berety -mruknęłam pod nosem.
- Co? - zapytał, nie rozumiejąc mnie Matt.
- Te dwie, jakże urocze "damy" rozsiewają plotki na mój temat na jakieś dziesięć kilometrów stąd. Od znajomego dowiedziałam się, że trzymam w domu żądne krwi bestie. Prędzej uwierzyła bym w nawiedzony dom. Nie ważne, mam propozycję dla ciebie.
- Jaką?
- Wybieram się ze znajomymi do klubu w San Francisco. Może chcesz jechać z nami? -zapytałam, poprawiając worek z karmą,
Matt?
niedziela, 20 listopada 2016
Od Matt'a cd Amy
Już po chwili po Amy nie było śladu. Wydaje się mieć bardzo ciekawe życie, od zamyśleń oderwał mnie charakterystyczny dźwięk dzwonka, który dzwoni za każdym razem gdy ktoś przekroczy próg kawiarni. Osobą podchodzącą do kasy okazała się Isabella.
- Hej - uśmiechnąłem się promiennie do dziewczyny.
- Zrób mi kawę, bo jestem chodzącym trupem... -jęknęła.
- Co ty w nocy robiłaś? - zaśmiałem się podchodząc do ekspresu z filiżanką.
- Spałam? - odparła, mogłem się założyć, że w tym momencie podnosiła brew.
Już po chwili postawiłem przy niej kubek.
- Dziękuję, w sumie to ukrój mi jeszcze mojego ulubionego ciasta - oznajmiła.
- Robi się.
Dziewczyna poszła zająć miejsce przy stoliku, a ja po chwili doniosłem jej talerzyk z ciastem i rachunek.
- Masz, kup sobie coś ładnego - zaśmiała się podając mi banknot.
- No dzięki - również się zaśmiałem i wywróciłem oczami.
Uwielbiałem w tej pracy to, że każdego ranka, kiedy tu przychodziłem czułem zapach kawy i pysznych ciast, którym mogłem rozkoszować się aż do szesnastej.
***
Gdy skończyłem zmianę udałem się do swojego samochodu i pojechałem do mieszkania. Miałem zamiar coś sobie zjeść, ale moje plany pokrzyżował dźwięk sygnalizujący, że dostałem sms. Podniosłem telefon i sprawdziłem kto był nadawcą, była nim moja mama.
'Wpadnij do nas na podwieczorek'
Odpisałem jej szybko, że niedługo będę, bardzo ucieszyłem się na tą propozycję, ponieważ dawno nie odwiedzałem rodziców. Początkowo wszyscy mieszkaliśmy z San Mateo, ale postanowiłem wyprowadzić się do San Francisco.
***
Zaparkowałem samochód na podjeździe i pobiegłem do drzwi.
- Jak miło cię widzieć! - zawołała mama, przytulając mnie do siebie.
- Ciebie też, mamo - uśmiechnąłem się.
Wszedłem do środka i zdjąłem buty, aby następnie udać się do kuchni, w której siedział tata przeglądając coś w telefonie. Usiadłem na krześle spojrzałem na niego.
- Cześć, tato - powiedziałem radośnie.
- Witaj synu - odparł ciepło.
- Cholera, skończyło mi się mleko do kawy. Matt, czy mógłbyś skoczyć do sklepu? - spytałą zdenerwowana kobieta.
- Pewnie, niedługo wrócę - oznajmiłem i udałem się ponownie ubrać buty.
Kilkanaście minut później byłem już w sklepie. Stanąłem przed półką z nabiałem i zacząłem szukać ulubionego mleka mojej mamy.
- Czego szukasz? - usłyszałem za sobą znajomy głos.
Odwróciłem się i ujrzałem Amy.
- Mleka, dla mamy - zaśmiałem się.
Amy?
- Hej - uśmiechnąłem się promiennie do dziewczyny.
- Zrób mi kawę, bo jestem chodzącym trupem... -jęknęła.
- Co ty w nocy robiłaś? - zaśmiałem się podchodząc do ekspresu z filiżanką.
- Spałam? - odparła, mogłem się założyć, że w tym momencie podnosiła brew.
Już po chwili postawiłem przy niej kubek.
- Dziękuję, w sumie to ukrój mi jeszcze mojego ulubionego ciasta - oznajmiła.
- Robi się.
Dziewczyna poszła zająć miejsce przy stoliku, a ja po chwili doniosłem jej talerzyk z ciastem i rachunek.
- Masz, kup sobie coś ładnego - zaśmiała się podając mi banknot.
- No dzięki - również się zaśmiałem i wywróciłem oczami.
Uwielbiałem w tej pracy to, że każdego ranka, kiedy tu przychodziłem czułem zapach kawy i pysznych ciast, którym mogłem rozkoszować się aż do szesnastej.
***
Gdy skończyłem zmianę udałem się do swojego samochodu i pojechałem do mieszkania. Miałem zamiar coś sobie zjeść, ale moje plany pokrzyżował dźwięk sygnalizujący, że dostałem sms. Podniosłem telefon i sprawdziłem kto był nadawcą, była nim moja mama.
'Wpadnij do nas na podwieczorek'
Odpisałem jej szybko, że niedługo będę, bardzo ucieszyłem się na tą propozycję, ponieważ dawno nie odwiedzałem rodziców. Początkowo wszyscy mieszkaliśmy z San Mateo, ale postanowiłem wyprowadzić się do San Francisco.
***
Zaparkowałem samochód na podjeździe i pobiegłem do drzwi.
- Jak miło cię widzieć! - zawołała mama, przytulając mnie do siebie.
- Ciebie też, mamo - uśmiechnąłem się.
Wszedłem do środka i zdjąłem buty, aby następnie udać się do kuchni, w której siedział tata przeglądając coś w telefonie. Usiadłem na krześle spojrzałem na niego.
- Cześć, tato - powiedziałem radośnie.
- Witaj synu - odparł ciepło.
- Cholera, skończyło mi się mleko do kawy. Matt, czy mógłbyś skoczyć do sklepu? - spytałą zdenerwowana kobieta.
- Pewnie, niedługo wrócę - oznajmiłem i udałem się ponownie ubrać buty.
Kilkanaście minut później byłem już w sklepie. Stanąłem przed półką z nabiałem i zacząłem szukać ulubionego mleka mojej mamy.
- Czego szukasz? - usłyszałem za sobą znajomy głos.
Odwróciłem się i ujrzałem Amy.
- Mleka, dla mamy - zaśmiałem się.
Amy?
Od Amy CD Matt'a
- Dzięki - powiedziałam i ukroiłam kawałek ciasta. -Całkiem dobry -
skwitowałam, po czy rozejrzałam się po lokalu. - Nie macie za dużego
ruchu o tych godzinach.
-Nie, największy jest około 12 i późnym popołudniem. A ty gdzieś pracujesz? - zapytał mnie Matt.
Westchnęłam.
- Ciężko mi to nazwać pracą. Jestem instruktorem jazdy w stajni mojej przyjaciółki, ale bardziej na zasadzie "Słuchaj, potrzebuję ludzi" lub "Słuchaj, ten i ten uparł się, że chce chodzić do ciebie". A jestem jej potrzebna jako pracownik, do dofinansowania. A druga to bardziej hobby. Otóż jestem autorką działu podróże w gazecie "Time News", gdzie opisuję swoje wyprawy i przygody na nich. Czasem nawet opłacają mi podróż, ale częściej działam bez żadnych planów i bywa, że nocuję pod mostem albo ktoś mnie przygarnia.
W tym momencie chłopak ponownie musiał iść, zająć się klientem. Rozległ się dźwięk mojego telefonu. Odblokowałam go i przeczytałam SMS od Alexy'ego.
"Przypominam o dzisiejszej imprezie w klubie. Kogo nie będzie, zostanie skazany na śmierć."
Zaśmiałam się pod nosem i odpisałam:
"Uważaj, bo ktoś jeszcze pomyśli, że jesteś groźny. Przy tobie żółw to morderca-psychopata"
Dokończyłam ciasto, a po chwili dołączył do mnie ponownie Matt.
- Wróciłem, smakowało ciasto? - powiedział opierając się o blat.
- Bardzo- powiedziałam uśmiechając się.- Tylko przytyję, ale jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to prędko to stracę.
- A co zamierzasz?
- Zwiedzić najważniejsze miasta Stanów Zjednoczonych na rowerze - powiedziałam dumna z własnego pomysłu.- Na początku najbliższych wakacji wsiadam na rower i jadę. Do tego czasu, muszę znaleźć osobę, która będzie tak walnięta aby ruszyć ze mną i rozpocząć trening. - Spojrzałam na zegarek. - Muszę się zbierać. Muszę zrobić zakupy - powiedziałam podnosząc się z miejsca. - Dzięki i do zobaczenia Matt - powiedziałam, a wychodząc pomachałam mu.
Matt?
-Nie, największy jest około 12 i późnym popołudniem. A ty gdzieś pracujesz? - zapytał mnie Matt.
Westchnęłam.
- Ciężko mi to nazwać pracą. Jestem instruktorem jazdy w stajni mojej przyjaciółki, ale bardziej na zasadzie "Słuchaj, potrzebuję ludzi" lub "Słuchaj, ten i ten uparł się, że chce chodzić do ciebie". A jestem jej potrzebna jako pracownik, do dofinansowania. A druga to bardziej hobby. Otóż jestem autorką działu podróże w gazecie "Time News", gdzie opisuję swoje wyprawy i przygody na nich. Czasem nawet opłacają mi podróż, ale częściej działam bez żadnych planów i bywa, że nocuję pod mostem albo ktoś mnie przygarnia.
W tym momencie chłopak ponownie musiał iść, zająć się klientem. Rozległ się dźwięk mojego telefonu. Odblokowałam go i przeczytałam SMS od Alexy'ego.
"Przypominam o dzisiejszej imprezie w klubie. Kogo nie będzie, zostanie skazany na śmierć."
Zaśmiałam się pod nosem i odpisałam:
"Uważaj, bo ktoś jeszcze pomyśli, że jesteś groźny. Przy tobie żółw to morderca-psychopata"
Dokończyłam ciasto, a po chwili dołączył do mnie ponownie Matt.
- Wróciłem, smakowało ciasto? - powiedział opierając się o blat.
- Bardzo- powiedziałam uśmiechając się.- Tylko przytyję, ale jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to prędko to stracę.
- A co zamierzasz?
- Zwiedzić najważniejsze miasta Stanów Zjednoczonych na rowerze - powiedziałam dumna z własnego pomysłu.- Na początku najbliższych wakacji wsiadam na rower i jadę. Do tego czasu, muszę znaleźć osobę, która będzie tak walnięta aby ruszyć ze mną i rozpocząć trening. - Spojrzałam na zegarek. - Muszę się zbierać. Muszę zrobić zakupy - powiedziałam podnosząc się z miejsca. - Dzięki i do zobaczenia Matt - powiedziałam, a wychodząc pomachałam mu.
Matt?
czwartek, 17 listopada 2016
Od Matthewa CD Amy
Spojrzałem na dziewczynę, po czym zaśmiałem się.
- Nie, coś ty. Jesteś bardzo interesującą osobą. Tak w ogóle to możesz mi mówić Matt - oznajmiłem.
- Dobrze, Matt - uśmiechnęła się.
W tym momencie do kasy podszedł następny klient.
- Czekaj chwilę - powiedziałem odchodząc od dziewczyny.
Podszedłem do mężczyzny i spojrzałem na niego.
- Co podać? - spytałem.
- Poproszę karmelową latte, do tego kawałek tego ciasta czekoladowego - oznajmił i zaczął szukać portfela.
Powiedziałem blondynowi mającemu ze mną zmianę, aby przygotował kawę, a sam zająłem się krojeniem dla niego kawałka tortu.Położyłem przy nim talerzyk i nabiłem wszystko na kasę.
- To będzie 10$ - oznajmiłem, a on podał mi banknot.
- Dziękuję, zapraszamy ponownie - uśmiechnąłem się i podałem mu szklankę z kawą, którą zrobił Harry.
Wytarłem drewnianą płytę mokrą od kubka i wróciłem do dziewczyny.
- Jestem - odparłem opierając się o blat.
- Zjadłabym jeszcze jakieś ciasto, polecasz coś?
- Polecam ten tort bezowy. - Wskazałem na ciasto znajdujące się w gablocie obok.
- To w takim razie policz mi kawałek, ale taki nieduży - uśmiechnęła się.
Już po chwili postawiłem przed nią talerzyk z tortem bezowym.
Amy?
- Nie, coś ty. Jesteś bardzo interesującą osobą. Tak w ogóle to możesz mi mówić Matt - oznajmiłem.
- Dobrze, Matt - uśmiechnęła się.
W tym momencie do kasy podszedł następny klient.
- Czekaj chwilę - powiedziałem odchodząc od dziewczyny.
Podszedłem do mężczyzny i spojrzałem na niego.
- Co podać? - spytałem.
- Poproszę karmelową latte, do tego kawałek tego ciasta czekoladowego - oznajmił i zaczął szukać portfela.
Powiedziałem blondynowi mającemu ze mną zmianę, aby przygotował kawę, a sam zająłem się krojeniem dla niego kawałka tortu.Położyłem przy nim talerzyk i nabiłem wszystko na kasę.
- To będzie 10$ - oznajmiłem, a on podał mi banknot.
- Dziękuję, zapraszamy ponownie - uśmiechnąłem się i podałem mu szklankę z kawą, którą zrobił Harry.
Wytarłem drewnianą płytę mokrą od kubka i wróciłem do dziewczyny.
- Jestem - odparłem opierając się o blat.
- Zjadłabym jeszcze jakieś ciasto, polecasz coś?
- Polecam ten tort bezowy. - Wskazałem na ciasto znajdujące się w gablocie obok.
- To w takim razie policz mi kawałek, ale taki nieduży - uśmiechnęła się.
Już po chwili postawiłem przed nią talerzyk z tortem bezowym.
Amy?
Od Amy CD Matthewa
Weszłam do pierwszej lepszej kawiarni, będącej niedaleko warsztatu
brata. Wiedziałam, że kiedy tylko tam wejdzie nie będzie miał
wątpliwości co do tego, kto to zrobił. Ruszyłam do kasy, rozglądając się
dokoła.
- Co podać? -rozległ się głos sprzedawcy.
- Jednorożca, albo najlepiej smoka - powiedziałam, po czym odwróciłam głowę do chłopaka przede mną. - O -zrobiłam głupią minę- chłopak nie lubiący deszczu. Cześć Matthew -uśmiechnęłam się szeroko.
- Cześć. Niestety nie mamy jednorożców, ani tym bardziej smoków.
- No cóż, w takim razie poproszę kawę. Ale taką siekierę. Potrzebuję kofeiny. Pół nocy nie spałam - rzekłam zasłaniając usta podczas ziewnięcia.
- To co ty robiłaś?
Udałam, że rozglądam się zdenerwowana, czy nikt nie podsłuchuje, w prawie pustym lokalu. W końcu był wczesny ranek. Nachyliłam się i gestem nakazałam uczynić mu to samo.
- Karałam brata. Kilka dni temu wpadł do mnie kompletnie pijany, rozebrał się na środku salonu, na całe szczęście tylko do bielizny i zwymiotował na moją ulubioną poduszkę. Jako że miałam klucze do jego warsztatu postanowiłam go ukarać. Miałam dużo taśmy klejącej i z jego zestawu 12 kluczy zrobiłam wielki kokon, w którego każdej warstwie złożonej z jednej rolki taśmy znajduje się jeden klucz. Musi teraz wszystko po kolei rozklejać, a jeśli będzie próbował to przeciąć zostanie ukarany. Tak jak wczoraj mówiłam, mam głupie pomysły -dokończyłam, a drugi chłopak podał mi kawę. - Dzięki - powiedziałam i upiłam łyk. - Tego potrzebowałam. A teraz masz mnie z walniętą, co? Zresztą jak połowa tego świata -powiedziałam dalej się uśmiechając.
Matthew?
- Co podać? -rozległ się głos sprzedawcy.
- Jednorożca, albo najlepiej smoka - powiedziałam, po czym odwróciłam głowę do chłopaka przede mną. - O -zrobiłam głupią minę- chłopak nie lubiący deszczu. Cześć Matthew -uśmiechnęłam się szeroko.
- Cześć. Niestety nie mamy jednorożców, ani tym bardziej smoków.
- No cóż, w takim razie poproszę kawę. Ale taką siekierę. Potrzebuję kofeiny. Pół nocy nie spałam - rzekłam zasłaniając usta podczas ziewnięcia.
- To co ty robiłaś?
Udałam, że rozglądam się zdenerwowana, czy nikt nie podsłuchuje, w prawie pustym lokalu. W końcu był wczesny ranek. Nachyliłam się i gestem nakazałam uczynić mu to samo.
- Karałam brata. Kilka dni temu wpadł do mnie kompletnie pijany, rozebrał się na środku salonu, na całe szczęście tylko do bielizny i zwymiotował na moją ulubioną poduszkę. Jako że miałam klucze do jego warsztatu postanowiłam go ukarać. Miałam dużo taśmy klejącej i z jego zestawu 12 kluczy zrobiłam wielki kokon, w którego każdej warstwie złożonej z jednej rolki taśmy znajduje się jeden klucz. Musi teraz wszystko po kolei rozklejać, a jeśli będzie próbował to przeciąć zostanie ukarany. Tak jak wczoraj mówiłam, mam głupie pomysły -dokończyłam, a drugi chłopak podał mi kawę. - Dzięki - powiedziałam i upiłam łyk. - Tego potrzebowałam. A teraz masz mnie z walniętą, co? Zresztą jak połowa tego świata -powiedziałam dalej się uśmiechając.
Matthew?
środa, 16 listopada 2016
Od Matthewa cd Amy
Spojrzałem na szczęśliwego psa, którego po chwili dziewczyna ode mnie odciągnęła.
- Nic nie szkodzi - uśmiechnąłem się. - Matthew - odparłem ściskając jej dłoń.
Dziewczyna była mocno przemoczona, deszcz nadal padał, a jej psy siedziały obok niej.
- Co cię wzięło na jazdę na rolkach po ciemku, a na dodatek w deszczu? - uniosłem brew.
- Często mam różne szalone pomysły - zachichotała.
- Rozumiem - zaśmiałem się. - Jesteś pewna, że wszystko okej? Nie wyglądało to ciekawie.
- Tak, tak, nie martw się - odparła. - A ty co tutaj robisz o tej godzinie?
- Wracam z pracy, jestem naprawdę wykończony - powiedziałem.
- Gdzie pracujesz? - spytała.
- W jednej z kawiarni, jakieś dwa kilometry stąd. Tak naprawdę to nie wiem czemu zachciało mi się przespacerować, nie przewidziałem takiej pogody - oznajmiłem.
- No cóż, ja tam lubię deszcz - uśmiechnęła się.
- Wolę słońce - oświadczyłem. - Miło się gadało ale muszę już iść, do zobaczenia, Amy! - zawołałem i ruszyłem dalej przed siebie.
- Pa, Matthew. - usłyszałem za sobą.
Szedłem już szybkim krokiem, chciałem znaleźć się w ciepłym mieszkaniu, napić herbaty, kawy, czegokolwiek.Po około piętnastu minutach byłem w domu, nareszcie. Zdjąłem buty i bluzę, którą następnie odwiesiłem na białe krzesło w kuchni, aby wyschła. Podszedłem do blatu i wstawiłem wodę na herbatę. Ułożyłem się wygodnie, na kanapie w salonie, z laptopem na kolanach i zacząłem przeglądać portale społecznościowe, aby umilić sobie oczekiwanie na herbatę. Widziałem nieodczytaną wiadomość od Isabelli, chciałem ją otworzyć, ale w tym momencie usłyszałem, że woda się zagotowała. Odłożyłem urządzenie na bok i poszedłem do kuchni w celu zaparzenia sobie herbaty. Wziąłem kubek i postawiłem na stoliku przy kanapie. Ponownie wziąłem laptop i zacząłem odpisywać Is na wiadomość. Gdy skończyłem wyłączyłem komputer i włączyłem telewizor biorąc równocześnie kubek do ręki.
***
Następnego dnia rano pojechałem do pracy, miałem zmianę razem z Harrym, który właśnie robił kawę dla jakiejś kobiety. Stanąłem przy kasie i czekałem na nowych klientów. Po chwili do lady podeszła Amy, dziewczyna, którą poznałem wczoraj.
Amy?
- Nic nie szkodzi - uśmiechnąłem się. - Matthew - odparłem ściskając jej dłoń.
Dziewczyna była mocno przemoczona, deszcz nadal padał, a jej psy siedziały obok niej.
- Co cię wzięło na jazdę na rolkach po ciemku, a na dodatek w deszczu? - uniosłem brew.
- Często mam różne szalone pomysły - zachichotała.
- Rozumiem - zaśmiałem się. - Jesteś pewna, że wszystko okej? Nie wyglądało to ciekawie.
- Tak, tak, nie martw się - odparła. - A ty co tutaj robisz o tej godzinie?
- Wracam z pracy, jestem naprawdę wykończony - powiedziałem.
- Gdzie pracujesz? - spytała.
- W jednej z kawiarni, jakieś dwa kilometry stąd. Tak naprawdę to nie wiem czemu zachciało mi się przespacerować, nie przewidziałem takiej pogody - oznajmiłem.
- No cóż, ja tam lubię deszcz - uśmiechnęła się.
- Wolę słońce - oświadczyłem. - Miło się gadało ale muszę już iść, do zobaczenia, Amy! - zawołałem i ruszyłem dalej przed siebie.
- Pa, Matthew. - usłyszałem za sobą.
Szedłem już szybkim krokiem, chciałem znaleźć się w ciepłym mieszkaniu, napić herbaty, kawy, czegokolwiek.Po około piętnastu minutach byłem w domu, nareszcie. Zdjąłem buty i bluzę, którą następnie odwiesiłem na białe krzesło w kuchni, aby wyschła. Podszedłem do blatu i wstawiłem wodę na herbatę. Ułożyłem się wygodnie, na kanapie w salonie, z laptopem na kolanach i zacząłem przeglądać portale społecznościowe, aby umilić sobie oczekiwanie na herbatę. Widziałem nieodczytaną wiadomość od Isabelli, chciałem ją otworzyć, ale w tym momencie usłyszałem, że woda się zagotowała. Odłożyłem urządzenie na bok i poszedłem do kuchni w celu zaparzenia sobie herbaty. Wziąłem kubek i postawiłem na stoliku przy kanapie. Ponownie wziąłem laptop i zacząłem odpisywać Is na wiadomość. Gdy skończyłem wyłączyłem komputer i włączyłem telewizor biorąc równocześnie kubek do ręki.
***
Następnego dnia rano pojechałem do pracy, miałem zmianę razem z Harrym, który właśnie robił kawę dla jakiejś kobiety. Stanąłem przy kasie i czekałem na nowych klientów. Po chwili do lady podeszła Amy, dziewczyna, którą poznałem wczoraj.
Amy?
Od Amy cd Matthewa
Po południu postanowiłam wybrać się do San Francisco, w celu spotkania z
przyjaciółką. Przed wyjściem w mojej głowie zrodził się pewien pomysł.
Złapałam moją zieloną torbę, którą wrzuciłam do bagażnika samochodu,
zabrałam psy i w ciągu nie całej półgodziny byłam na miejscu. Ruszyła na
umówione miejsce, gdzie po paru minutach zjawiła się Ann. Uśmiechnęłam
się do niej szeroko i przygarnęła ją do siebie. Nie widziałyśmy się od
pół roku. Włóczyłyśmy się po mieście, gadając o tym co nas spotkało. Ona
opowiadała o swojej pracy i chłopaku, a ja o moich podróżach.
- A teraz? Skąd wróciłaś?-zapytała gdy odprowadzałam ją do domu.
- Weekend w Brazylii. Powiem ci, że niesamowite miejsce, a ludzie... Niemożliwi. Trzeba to wszystko samemu zobaczyć. I wiesz naszła mnie genialna myśl, kiedy wracałam...
- Ja już znam te twoje genialne pomysły. Ostatnim razem skończyłyśmy na ostrym dyżurze...
- Ja miałam pierwszeństwo. Nie miał prawa, z resztą nie ważne. Powiem ci o moim olśnieniu. Zwiedzę Stany Zjednoczone Ameryki Północnej... na rowerze - powiedziałam zachwycona własnym pomysłem.
- Jesteś stuknięta.
- Też cię kocham, ale mówię poważnie. W przyszłym roku objadę najważniejsze miasta Stanów Zjednoczonych.
Pożegnałam się z przyjaciółką, a moje spojrzenie padło na pobliski park. Rozejrzałam się dokoła i otworzyłam moją zieloną torbę, z której wyciągnęłam rolki. Założyłam je, a Daisy i Sisi ciągnęły mnie po parku. Było ciemno i mało co widziałam, jednak kochałam robić irracjonalne rzeczy. W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Wystawiłam twarz do chłodnych kropli, nie potrzebowałam parasolki schowanej w torbie, którą miałam przerzuconą przez ramię. Nagle psy pociągnęły mnie, a ja pisnęłam zaskoczona. Leciały na oślep przed siebie, a gdy się zatrzymały i byłam zadowolona z nie przywitania się z chodnikiem, ktoś na mnie wpadł, przez co wylądowałam na tyłku w kałuży.
- Nic ci nie jest? -zapytał chłopak.
Spojrzałam na niego, potem na swój przemoczony sweter i zaczęłam się śmiać.
- Poza jeszcze bardziej mokrym zadkiem, to nic.
Chłopak pomógł mi się podnieść. Przez deszcz, ogólną ciemność i brak soczewek nie widziałam go za dobrze. Sisi podbiegła do niego i zaczęła skakać machając radośnie ogonem, budząc mu spodnie.
- Sisi, nie wolno! Bardzo cię przepraszam za nią - powiedziałam odciągając ją za obrożę.- Jest stuknięta jak właścicielka. Jestem Amy - powiedziałam wyciągając do niego rękę.
Chłopaku?
- A teraz? Skąd wróciłaś?-zapytała gdy odprowadzałam ją do domu.
- Weekend w Brazylii. Powiem ci, że niesamowite miejsce, a ludzie... Niemożliwi. Trzeba to wszystko samemu zobaczyć. I wiesz naszła mnie genialna myśl, kiedy wracałam...
- Ja już znam te twoje genialne pomysły. Ostatnim razem skończyłyśmy na ostrym dyżurze...
- Ja miałam pierwszeństwo. Nie miał prawa, z resztą nie ważne. Powiem ci o moim olśnieniu. Zwiedzę Stany Zjednoczone Ameryki Północnej... na rowerze - powiedziałam zachwycona własnym pomysłem.
- Jesteś stuknięta.
- Też cię kocham, ale mówię poważnie. W przyszłym roku objadę najważniejsze miasta Stanów Zjednoczonych.
Pożegnałam się z przyjaciółką, a moje spojrzenie padło na pobliski park. Rozejrzałam się dokoła i otworzyłam moją zieloną torbę, z której wyciągnęłam rolki. Założyłam je, a Daisy i Sisi ciągnęły mnie po parku. Było ciemno i mało co widziałam, jednak kochałam robić irracjonalne rzeczy. W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Wystawiłam twarz do chłodnych kropli, nie potrzebowałam parasolki schowanej w torbie, którą miałam przerzuconą przez ramię. Nagle psy pociągnęły mnie, a ja pisnęłam zaskoczona. Leciały na oślep przed siebie, a gdy się zatrzymały i byłam zadowolona z nie przywitania się z chodnikiem, ktoś na mnie wpadł, przez co wylądowałam na tyłku w kałuży.
- Nic ci nie jest? -zapytał chłopak.
Spojrzałam na niego, potem na swój przemoczony sweter i zaczęłam się śmiać.
- Poza jeszcze bardziej mokrym zadkiem, to nic.
Chłopak pomógł mi się podnieść. Przez deszcz, ogólną ciemność i brak soczewek nie widziałam go za dobrze. Sisi podbiegła do niego i zaczęła skakać machając radośnie ogonem, budząc mu spodnie.
- Sisi, nie wolno! Bardzo cię przepraszam za nią - powiedziałam odciągając ją za obrożę.- Jest stuknięta jak właścicielka. Jestem Amy - powiedziałam wyciągając do niego rękę.
Chłopaku?
Od Matthew
Dzisiejszy dzień był wykańczający. Opuściłem kawiarnię, w której pracowałem i ruszyłem leniwie w stronę domu. Gdybym wiedział, że będę dzisiaj tak zmęczony, z pewnością pojechałbym autem. Ruch w kawiarni był bardzo duży, chyba nigdy nie obsłużyłem tyle osób jednego dnia co dzisiaj. W tym momencie nie marzyłem o niczym innym, jak o znalezieniu się w moim mieszkaniu. Zacząłem przeszukiwać kieszenie, aby znaleźć słuchawki. Po chwili miałem je już w ręce, oczywiście były poplątane. Zrezygnowany zacząłem rozplątywać kabel. Kilka razy prawie wpadłem na osoby idące po chodniku, ale za każdym razem w ostatniej chwili udało mi się je ominąć. Podłączyłem wtyczkę do telefonu i włączyłem pierwszy lepszy utwór, w tym momencie było mi wszystko jedno, czego słucham, ledwo kontaktowałem. Na dworze było już ciemno, szedłem przed siebie, zostały mi jeszcze jakieś dwa kilometry. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dziewiąta, biorąc pod uwagę, jakim tempem się poruszam i jakie jest moje aktualne położenie będę w domu za jakieś czterdzieści minut. Zatrzymałem się przy pasach i czekałem na zielone światło, gdy w końcu się zapaliło przeszedłem przez ulicę i ruszyłem w stronę parku, by choć trochę skrócić sobie drogę. Na moje nieszczęście zaczął padać deszcz, a ja miałem na sobie tylko bluzę, no cóż muszę dotrwać.Wyjąłem telefon i napisałem krótkiego sms do Isabelli:
'Pieprzony deszcz, nie daje mi wrócić spokojnie do domu...'
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź ponieważ Is jest jedną z tych osób, które odpisują niemal od razu.
'Było jechać autem, a tobie zachciało się spacerków, haha'
Wystukałem szybko krótką odpowiedź, ponieważ krople deszczu spadały mi na ekran.
'Następnym razem dokładniej sprawdzę prognozę pogody...'
Schowałem telefon do kieszeni spodni i skupiłem wzrok na chodniku, aby nie wdepnąć w jakąś kałużę, jeszcze tego by brakowało, mieć całe przemoczone i brudne buty. Ten dzień zdecydowanie nie był moim dniem, czułem, że coś jeszcze się stanie. Nie przestając robić tego, co robię szedłem dalej, opady zdecydowanie przyśpieszyły moje tempo. Po chwili poczułem, że na kogoś wpadam. Była to jakaś dziewczyna.
- Nic ci nie jest? - spytałem, a moje oczy od razu szerzej się otworzyły.
Dziewczyno?
Dziewczyno?
Od Violet
Pierwsze promienie słońca zaczęły wędrować po mojej sypialni, dzięki lekko odsłoniętym żaluzjom. Spojrzałam na zegar, który wskazywał na piątą pięćdziesiąt siedem. Nie spałam od parudziesięciu minut, więc tylko szybko się przeciągnęłam i wstałam z łóżka. Sachmet, jak i Temida, mruczała sobie przez sen, leżąc na mojej kołdrze. Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc na zwinięte w kłębek koty, które wyglądały jak dwie włochate kuleczki.
Udałam się do kuchni, by zjeść jakieś śniadanie przed wyjściem. Mimo że pracowałam w kawiarni, nigdy nie miałam czasu na skonsumowanie jakiegoś ciastka, czy wypicie gorącej czekolady. Moja uwaga zawsze najbardziej skupiała się na kotach i klientach. Starałam się obsługiwać ich jak najlepiej, bo wiedziałam, że wtedy będą pojawiać się częściej, a to oznaczało większą szansę na nowe domy dla tych biednych kociaków.
Po zjedzeniu śniadania, którym, prawdę mówiąc, było jedno jabłko, poszłam do łazienki. Zostało mi niewiele czasu, więc tylko rozczesałam włosy, na których zawsze pojawiało się pełno kołtunów, umyłam zęby oraz twarz, a na koniec delikatnie przejechałam tuszem po rzęsach.
Wsunęłam na siebie ubranie robocze, którym była urocza różowa sukienka, sięgająca do kolan i biały fartuszek w czarne kocie łapki.
Szybko pognałam w stronę kawiarni. Na szczęście o tak wczesnej porze na chodnikach nie spotyka się zbyt wielu osób. Mimowolnie uśmiechałam się pod nosem, gdy zmierzałam do pracy. Naprawdę bardzo ją lubiłam. Mogłam pomagać kotom, ale także ludziom, bo stali klienci często przychodzili do mnie, by móc trochę ponarzekać na świat, na innych, a także na swoje życie.
Stanęłam przed budynkiem, na którym wisiał wielki szyld z napisem "Cat Town Cafe". Wsunęłam dłoń do kieszeni fartuszka, gdzie zawsze trzymałam klucz. Już po chwili otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przywitało mnie wesołe miauczenie, a koło moich nóg od razu pojawił się czarny kocurek o imieniu Nightmare. Nie mam pojęcia, kto go tak nazwał, ale to imię absolutnie do niego nie pasowało. Kucnęłam i zmierzwiłam miękką sierść na jego główce.
-Zaraz was nakarmię-mruknęłam pod nosem, gładząc grzbiet kota. Zwierzę cicho zamruczało i przymknęło oczy. Wstałam i powoli zaczęłam kierować się w stronę kuchni. Nie było tam nikogo, więc kucharki nie zdążyły jeszcze przyjść. Westchnęłam cicho pod nosem, myśląc o tym, że sama będę musiała targać dwudziesto kilogramowy worek pełen kociej karmy.
"Robisz to dla kotów, Violet, wszystko dla kotów".
**
Po godzinie otwarliśmy. W kuchni już dwie starsze panie, które założyły tę kawiarnię, robiły najróżniejsze ciasta i desery, a Rose, czyli dziewczyna pracująca, tak samo jak ja, jako kelnerka, parzyła świeżą kawę. Nie miałam zbytnio co robić, więc poszłam do kotów, które bawiły się w rogu pomieszczenia.
Po pewnym czasie usłyszałam dźwięk zawieszonego nad drzwiami wejściowymi dzwonka. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. W progu stanął wysoki mężczyzna. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach, po czym zmierzył całą kawiarnię wzrokiem. Natychmiast wstałam i z przyzwyczajenia wygładziłam fartuszek.
-Mogę w czymś pomóc?-zapytałam, posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech.
Udałam się do kuchni, by zjeść jakieś śniadanie przed wyjściem. Mimo że pracowałam w kawiarni, nigdy nie miałam czasu na skonsumowanie jakiegoś ciastka, czy wypicie gorącej czekolady. Moja uwaga zawsze najbardziej skupiała się na kotach i klientach. Starałam się obsługiwać ich jak najlepiej, bo wiedziałam, że wtedy będą pojawiać się częściej, a to oznaczało większą szansę na nowe domy dla tych biednych kociaków.
Po zjedzeniu śniadania, którym, prawdę mówiąc, było jedno jabłko, poszłam do łazienki. Zostało mi niewiele czasu, więc tylko rozczesałam włosy, na których zawsze pojawiało się pełno kołtunów, umyłam zęby oraz twarz, a na koniec delikatnie przejechałam tuszem po rzęsach.
Wsunęłam na siebie ubranie robocze, którym była urocza różowa sukienka, sięgająca do kolan i biały fartuszek w czarne kocie łapki.
Szybko pognałam w stronę kawiarni. Na szczęście o tak wczesnej porze na chodnikach nie spotyka się zbyt wielu osób. Mimowolnie uśmiechałam się pod nosem, gdy zmierzałam do pracy. Naprawdę bardzo ją lubiłam. Mogłam pomagać kotom, ale także ludziom, bo stali klienci często przychodzili do mnie, by móc trochę ponarzekać na świat, na innych, a także na swoje życie.
Stanęłam przed budynkiem, na którym wisiał wielki szyld z napisem "Cat Town Cafe". Wsunęłam dłoń do kieszeni fartuszka, gdzie zawsze trzymałam klucz. Już po chwili otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przywitało mnie wesołe miauczenie, a koło moich nóg od razu pojawił się czarny kocurek o imieniu Nightmare. Nie mam pojęcia, kto go tak nazwał, ale to imię absolutnie do niego nie pasowało. Kucnęłam i zmierzwiłam miękką sierść na jego główce.
-Zaraz was nakarmię-mruknęłam pod nosem, gładząc grzbiet kota. Zwierzę cicho zamruczało i przymknęło oczy. Wstałam i powoli zaczęłam kierować się w stronę kuchni. Nie było tam nikogo, więc kucharki nie zdążyły jeszcze przyjść. Westchnęłam cicho pod nosem, myśląc o tym, że sama będę musiała targać dwudziesto kilogramowy worek pełen kociej karmy.
"Robisz to dla kotów, Violet, wszystko dla kotów".
**
Po godzinie otwarliśmy. W kuchni już dwie starsze panie, które założyły tę kawiarnię, robiły najróżniejsze ciasta i desery, a Rose, czyli dziewczyna pracująca, tak samo jak ja, jako kelnerka, parzyła świeżą kawę. Nie miałam zbytnio co robić, więc poszłam do kotów, które bawiły się w rogu pomieszczenia.
Po pewnym czasie usłyszałam dźwięk zawieszonego nad drzwiami wejściowymi dzwonka. Odwróciłam głowę w tamtą stronę. W progu stanął wysoki mężczyzna. Przejechał dłonią po swoich jasnych włosach, po czym zmierzył całą kawiarnię wzrokiem. Natychmiast wstałam i z przyzwyczajenia wygładziłam fartuszek.
-Mogę w czymś pomóc?-zapytałam, posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech.
Rickon?
Sorka, że takie słabe, ale nie lubię zaczynać, ech.
Subskrybuj:
Posty (Atom)